Hodowla kotów Laman.
Gośka Wasilewska
28-06-2006 11:52
Jesteśmy zwykłą trzyosobową rodziną, a nasze koty to po prostu domowe pieszczochy. Fakt, jesteśmy zarejestrowani w lubelskim oddziale ICF pod nazwą LAMAN*PL, ale nas troje, trzy koty i zwykłe mieszkanie na drugim piętrze w bloku trudno określić wielka nazwą hodowli.
Kaśka trafiła do nas w sposób raczej nietypowy. Fakt, jak każdy miłośnik kotów zawsze marzyłam o „wielkim domowym tygrysie” i jak większość ludzi w Polsce zawsze w moim domu mieszkały „zwykłe dachowce”. Było tak zanim po raz pierwszy usłyszałam o rasie Maine coon i zanim zaczęłam zbierać informacje na ich temat. Byłam oczarowana. Opisy tej rasy brzmiały jak moje marzenia o kotach: wielkie, łagodne, skore do zabawy, przywiązujące się do człowieka jak żadne inne, piękne i pierwotne, nie zniekształcone latami genetycznego doboru. Bajka. No, prawie, bo jeśli nawet gotowa byłam przełknąć jakoś koszt zakupu takiego kociaka to... No właśnie. Schody zaczęły się przy rozmowach z hodowcami. Żądano ode mnie np. wstawienia krat w okna, podpisywania cyrografów, iż karmić będę kota tylko koszmarnie drogą karmą, będę dbać o jego zdrowie psychiczne, zapewnię mu odpowiednie towarzystwo itp. itd. Rozumiem: jak się coś kocha, to dba się o to z wszystkich sił, ale to nie był mój świat. I nie był to świat moich kotów. (W tym miejscu muszę stwierdzić, że jeśli ktoś po przeczytaniu mojego wcześniejszego tekstu nieprzychylnie nastawił się do hodowców kotów to błąd. Jak wszędzie wśród pasjonatów większość to wspaniali ludzie. Ja tylko miałam pecha.) Zrezygnowałam. I wtedy właśnie zjawiła się Kaśka. Skończyła właśnie trzy lata i jak większość kotek tej rasy poczuła „wolę bożą”. W hodowli w której przebywała nie było samca jej rasy, choć nie brakowało innych. Rzecz jasna było to źródłem wielu kłopotów i jej poprzednia właścicielka postanowiła oddać ją w dobre ręce. Byłam w rozterce. Moje marzenia mogą się spełnić, ale... Pamiętałam te gotowane piersi z kurczaka, mieloną wołowinę najwyższej jakości itd. Co ja zrobię z kotką o takich przyzwyczajeniach kulinarnych? A jednak. Właścicielka Kaśki okazała się zwyczajną kobietą. Postawiła tylko jeden warunek: biorę Kaśkę razem z siedmiotygodniową córką. Wzięłam i nie żałuję. Są wspaniałe. Obie. No a potem zaczęły się problemy z ciążą Kaśki. I tak trafił do nas Jabali.
Strony: 1 2 3 następna »

Galeria
Komentarze |
Dodaj komentarz
